31/01/2012,

Autor: Kaseta

Podsumowanie 2011 — reszta

Część trzecia z trzech.

podsumo-2011

Lecimy z czę­ścią trze­cią więc, bez zbęd­nego prze­dłu­ża­nia, i tak nikt nie czyta wstę­pów. Zmie­ści­li­śmy się z całym pod­su­mo­wa­niem w stycz­niu, co jest kase­to­wym rekor­dem. Za rok wyro­bimy się w tydzień. Stan­dar­dowe podzię­ko­wa­nia wszyst­kim niżej wypi­sa­nym na kolo­rowo człowiekom:

Jarou
nie­ten­don
Spence
Foxdie
Bi-Bolt
lamijka
marylou

OKŁADKI:

Powyż­sza, pierw­sza z lewej. Bo jest zabawna. I dla­tego, że Gard­ner to mój ulu­biony latar­nik. Worst. Team-up. Ever. Wie­rzę. Komiksu nie czy­ta­łem jesz­cze, utkną­łem gdzieś w oko­li­cach Naj­czar­niej­szej Nocy około dwa lata wcze­śniej. Ale Jaroł mówił, że komiks fajny.  Zresztą, wszystko co pisze Tomasi jest fajne…

Gene­ra­tion Hope #9 (wyżej, druga z lewej – przyp. ntndn) to okładka, która przy mini­ma­liź­mie formy prze­ka­zje mak­si­mum tre­ści. Czy­sty okład­kowy geniusz.

ODKRYCIA:

Seria­lowe uni­wer­sum Doctor Who/Tor­chwood.

Rzeka Alek­san­dra Bała­ba­nowa suro­wość, nie­do­po­wie­dze­nie.
Pro­siacki Krzysz­tofa Owe­dyka gęstość, sta­nie z boku, kom­bi­no­wa­nie.
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swie­tłany Alek­si­je­wicz – pokora.
Palacz zwłok – obłęd, zasko­cze­nie, spo­sób opo­wia­da­nia histo­rii.
Son­nen­schein Dasa Drn­dić – wiel­kość, mie­sza­nie fak­tów z wymy­ślo­nym, motyw z listą (klik).
Hu Dva – radość, radość, radość, tanc tanc tanc tanc!
Osie­dle swo­boda – pyk, pyk (klik).
Love­less i odci­nek z cia­stem w 100 nabo­jach Briana Azza­rello – gorycz, dia­logi, klimat.

Odświe­ży­łem sobie też Maus Arta Spie­gel­mana i to dalej jest gigan­tyczna histo­ria.
Podob­nie Kozure Okami. Max Payne – same here.

Seria­lowy Meister­stuck pro­duk­cji BBC. Na doda­tek to odkry­cie na które skie­ro­wało mnie prze­czy­ta­nie zeszło­rocz­nego pod­su­mo­wa­nia. Dawno nie było serialu tak  świe­żego, bawią­cego się kon­wen­cją a przy tym utrzy­mu­ją­cego wysoki poziom fabu­larny. Mój pew­niak w pod­su­mo­wa­niu roku obec­nego, gdyż drugi sezon wła­śnie dobiega końca. Jesz­cze nie wie­cie o jakim serialu mowa? To sprawdź­cie kto miesz­kał pod 221B Baker Street.

Odkrycia/oczarowania star­sza­kami (w nawia­sach kawałki – pole­canki do klik­nię­cia):
Appa­rat („Arca­dia”), Eskmo („Clo­udli­ght”), Sta­te­less („Ariel”), Tren­te­mol­ler („Moan” dub­step ver­sion), Sid Le Rock, Susanne Sund­fore (świetny debiut – The Bro­thel), War­pa­int (płyta The Fool), Zespół Gówno („Spo­wiedź Umar­łego”), Loop­troop Roc­kers(„The Buil­ding”), Hood, owoce wytwórni Raster– Noton, Ninja Tune, Nico­las Jaar, Bon­nie Prince Billy („Dark­ness” – geniusz).

ZASKOCZENIA:

Plamy na słońcu / Bar La Curva KNŻ. Ta płyta koja­rzy mi się z bramką Thierry’ego Henry’ego, tą strze­loną tuż po powro­cie do Arse­nalu – niby nic, a jed­nak coś.

Młode zespoły pop-punkowe gra­jące lepiej niż zasłu­żeni wyja­da­cze z wie­lo­let­nim doświad­cze­niem. Nowy album The Manix przy­tłu­mił według mnie odbiór nowego krążka Ban­ner Pilot, poka­zu­jąc jak na tacy, czego Heart Beat Paci­fic bra­kuje. Epka Think Big! jest milion razy lep­sza niż Neigh­bor­hood blinka-182, któ­rym chło­paki się inspi­rują. Poja­wił się jesz­cze Dome­split­ter grupy Direct Hit!, zbie­ra­jący naj­lep­sze, według zespołu, pio­senki z wyda­nych wcze­śniej, ponu­me­ro­wa­nych EPek. Człon­ko­wie każ­dego z trzech wymie­nio­nych wyżej zespo­łów nie wyglą­dają na wię­cej niż dwa­dzie­ścia­kilka lat (Think Big! wyglą­dają na dwa­na­ście).

Relaunch serii komik­so­wych w wydaw­nic­twie DC. Pomysł tro­chę z czapy, wpro­wa­dzony w życie szyb­ciej niż pod­po­wia­dałby roz­są­dek. Można spie­rać się, czy odświe­ża­nie uni­wer­sum było potrzebne, ale sam pro­ces mimo licz­nych nie­spój­no­ści, spor­nych kwe­stii i nie­do­mó­wień prze­biegł zaska­ku­jąco udanie.

Action Comics Mor­ris­sona wie­dzia­łem, że będzie dobre, więc nie do końca zasko­cze­nie. Gdyby jed­nak rok temu ktoś powie­dział mi, że będę eks­cy­to­wał się komik­sem o Aqu­ama­nie, zdzi­wił­bym się co naj­mniej. Fan­ta­styczną robotę wyko­nali Johns i Reis przy tym bohaterze.

Prze­wrot­nie Green Lan­tern. Widzia­łem pierw­sze miaż­dżące recki i byłem nasta­wiony na kupę. Ale nie na aż taką wielką :O Że też się ludzie nie wsty­dzą pusz­czać w kinie takich gnio­tów. No i daj­cie spo­kój z tym 3D, nikt tego nie lubi.

ROZCZAROWANIA:

Że zimą nie było śniegu, tylko jakaś chuj­nia z błotnią.

Łoo, rze­czy­wi­ście. Śniegu tej zimy nie było. Nawet chujni z błot­nią nie mia­łem, tylko te słońce i słońce… Tym­cza­sem, drugi sezon Wal­king Dead strasz­nie mnie roz­cza­ro­wał. Chyba nie­po­trzeb­nie go roz­cią­gali na dwa razy wię­cej odcin­ków. No i też tra­dy­cyj­nie Marvel. Aż przy­kro patrzeć jak ulu­bione wydaw­nic­two się miota i szar­pie, zaniża jakość, pod­wyż­sza ceny, oszu­kuje fanów i wydala masowo kijo­wate eventy. Ile tak można, kurde balans.

Tra­dy­cyj­nie od trzech-czterech lat – poli­tyka wydaw­ni­cza Marvel Comics i przy­tła­cza­jący ogrom dur­nych pomy­słów wpro­wa­dzo­nych przez sze­fo­stwo Domu Poro­nio­nych Pomy­słów w tym roku.

Ceny bile­tów na kon­certy zagra­nicz­nych wyko­naw­ców. Nagle prze­stało mnie być stać na to, żeby zoba­czyć wszystko co bym chciał. Smut­nym stan­dar­dem stała się trzy­cy­frowa kwota.

Nowa płyta Aqu­abats, która brzmi jakby powstała dla fanów w wieku przed­szkol­nym. Sytu­acji nie ratuje świetny „Shark Figh­ter” pro­mu­jący album.

6 lat temu przy­ja­ciółka poka­zała mi Film, a w nim arty­kuł o nowym, dość ory­gi­nal­nym serialu. Coś o seryj­nym zabójcy, który mimo że jest zabójcą to jest boha­te­rem pozy­tyw­nym i do tego pra­cuje w poli­cji. Pomy­śla­łem: WTF?. Odje­chany pomysł. Pierw­szy sezon łykną­łem w dwa dni i wie­dzia­łem, że to będzie miłość na wieki. Pierw­sze 4 lata związku były wspa­niałe na doda­tek uwień­czone fina­łem na miarę mistrzów. W 5 roku, przy­szedł kry­zys, ale nie było jesz­cze tak naj­go­rzej. Wia­domo, nie zawsze może być pięk­nie. Małe zgrzyty też są potrzebne. Nie­stety mały zgrzyt w roku 6 zamie­nił się już w okrutne jeb­nię­cie i zwią­zek, który miał trwać wiecz­ność, zakoń­czył się okropną gory­czą i roz­cza­ro­wa­niem. Miało być tak pięk­nie a wyszło jak zwy­kle… Co gor­sza zmar­no­wano kapi­talny motyw. Dexter i wiara. Bóg, grzech, odku­pie­nie. Tyle zmar­no­wa­nych moż­li­wo­ści. Jedyne co w 6 sezo­nie jest dobre to tra­ilerpromo. Na tym może­cie zakoń­czyć, żeby nie zepsuć wspo­mnień z poprzed­nich lat.

Roz­cza­ro­wa­nie bie­rze się ze zbyt wygó­ro­wa­nych ocze­ki­wań. Ale czego mam ocze­ki­wać po twór­cach, któ­rzy nie­jed­no­krot­nie udo­wod­nili swoją wiel­kość? Na pewno nie gniota. W tym roku roz­cza­ro­wa­łam się dwu­krot­nie. Nie powin­nam już liczyć, że Woody Allen zrobi film w stylu swo­ich sta­rych, naj­lep­szych pro­duk­cji – lekki, zabawny, a przy tym mądry. Tych trzech cech nie repre­zen­tuje sobą na pewno O pół­nocy w Paryżu. Dwie pierw­sze – jak naj­bar­dziej, trze­ciej – ani tro­chę. Film iskrzy się wizu­al­nie, jest świet­nie zagrany (a to nie­spo­dzianka!) przez Owena Wil­sona, któ­rzy prze­szedł samego sie­bie i zagrał… Woody’ego Allena, zabawny… lekki, ładny i przy­jemny. Cie­szy oko, ucho (śmieszne dia­logi), ale nie daje nic wię­cej. A star­sze alleny dawały. Paryż gra w nim Nowy Jork, co wycho­dzi mu rów­nie dobrze co Wil­so­nowi gra­nie Allena. Ale to wszystko erzace. Dla­tego z przy­jem­no­ścią wra­cam do star­szych fil­mów Woody’ego i nie cze­kam na kolejny film.

Dru­gim roz­cza­ro­wa­niem jest nowy obraz Pedro Almo­do­vara, reży­sera, który już w Prze­rwa­nych obję­ciach zaczął zba­czać w złą stronę. Tym razem – a mowa o Skó­rze, w któ­rej żyję – forma prze­ro­sła treść (a tego nie lubię!), która u Almo­do­vara była zawsze bar­dzo emo­cjo­nalna (a to lubię!). Ten film to zabawa, wprawka, wydmuszka. Film z pre­ten­sjami wręcz filo­zo­ficz­nymi (uwiel­biam!), lecz nie speł­nia­jący ich. W dodatku Almo­do­var cytuje sam sie­bie, co jest dla mnie potwier­dze­niem, że goni w piętkę. Prze­wi­duję jed­nak, że reży­ser musi odna­leźć jakieś nowe źródło inspi­ra­cji, nową formę, coś, co odro­dzi jego twór­czość, odświeży ją, bo prze­cież to nie­zwy­kle uta­len­to­wany człowiek.

NADZIEJE:

Nowe płyty Moth­liteCrip­pled Black Pho­enix. Nic wię­cej nie przy­cho­dzi mi do głowy, a co za tym pew­nie idzie – nie obcho­dzi jakoś szcze­gól­nie. I pew­nie przy­po­mnę sobie o czymś waż­nym, kiedy ten tekst już poleci i wtedy poża­łuję, że tak napisałem.

Mroczny Rycerz Powstaje.

Aven­gers Jossa Whe­dona, który ma szanse zostać naj­lep­szym fil­mem super­hero ever (o ile Marvel powstrzyma się od bez­sen­sow­nych inge­ren­cji i zostawi Whe­do­nowi tro­chę swobody).

Pro­me­te­usz, ocze­ki­wa­nia co do któ­rego mam tak wyśru­bo­wane, że nie­moż­li­wym jest, aby Ridley Scott im sprostał.

Fire­fly – nie spo­dzie­wam się nowego sezonu, bo niby jak ma powstać, gdy Whe­don kręci z Marve­lem, Filion śmiga w Castle, a Morena Bac­ca­rin w Home­land. W 2011 zro­biło się jed­nak o serialu cał­kiem gło­śno i marzę o jakimś ofi­cjal­nym oświad­cze­niu twór­ców odno­śnie marki Fire­fly. Oświad­cze­niu kon­kret­niej­szym niż Hmm. Hmmmmm. HMMMMMM. Fil­liona. Nawet Sere­nity 2 mnie urządza.

Pierw­sze peł­no­wy­mia­rowe albumy Think Big! i Uni­corn Kida.

Resi­dent Evil 6.

Laikike1/Młodzik Milcz­men Scre­am­du­stry
Woj­ciech Sma­rzow­ski Róża
Łukasz Orbi­tow­ski Widma
Trzy Polaki. Trzy dłu­gie histo­rie. Zasko­cze­nie jakieś?

Dark Kni­ght Rises – bo wie­rze, że może być jesz­cze lepiej niż poprzednio.

Aven­gers – bo to może być naj­lep­szy film super­hero ze wszyst­kich dotych­cza­so­wych. Chyba, że tytuł wymie­niony wyżej poza­miata w tej kwe­stii bar­dziej niż Dark Kni­ght w 2008.

Amazon.pl – bo pora żeby ktoś powal­czył o rynek książki w naszym kraju. Poka­zał Empi­kowi, że jest gów­nia­nym dys­try­bu­to­rem i Mer­li­nowi jak powinno pro­wa­dzić się księ­gar­nię inter­ne­tową. No i mój Kin­dle jest spra­gniony pol­skich książek.

Naiw­nie i pew­nie nie na temat, ale niech będzie, napi­szę to. Euro 2012. Liczę na waka­cyjny mie­siąc pełen emo­cji, piwa i chip­sów. Głów­nie emo­cji, bo piwo oraz chipsy i tak będą.

W 2012 cze­kam w zasa­dzie na wszystko, co się wyda­rzy w prze­strzeni muzyki (wyka­zuję pełną otwar­tość i chłon­ność), ale głów­nie na:

Jamie Woon – kon­cert, bo opu­ści­łam na Tau­ro­nie
Ola­fur Arnalds – kon­cert
Asym­me­try Festi­val 4.0
Scena Muzyczna Nowe Hory­zonty
OFF Festi­val – może w końcu dotrę?
5. Avant Art Festi­val Niemcy, oczy­wi­ście


Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Opublikowano w Bez kategorii, komiks, literatura, muzyka, niesprecyzowane, serial

6 osoby urzekła ta historia

  1. Bi-Bolt 10/02/2012 o 19:55

    No i wykra­kali w końcu z tym śnie­giem. Strasz­nie długo im to zajęło, ale jest, leży od wczo­raj. Idę wal­nąć orła przed oknem.

    A nie ten tego Donie G, każdy wie, że zie­lony jest zare­zer­wo­wany tylko dla jed­nego super­du­per­hero i tym bar­dziej Green Lan­tern kiep­sko wypada ;p

    • Smash Them All ! ! ! 10/02/2012 o 19:59

      ale ava­tar z leśnej dzi­czy, pew­nie losowy
      i w pełni się zga­dzam z kolegą powyżej

    • Jarou 14/02/2012 o 11:14

      Chuj­nio z błot­nią wróć :C

  2. nietendon 13/02/2012 o 14:47

    Zie­lona buzia w awa­ta­rze. Nie mogło Ci się lepiej tra­fić. Poza tym Hulk to nie super­bo­ha­ter, a Marvel < DC :P

    I nie wiem co Orzeł winny.

    (umknęły mi Twoje zaczepki gdyż ponie­waż nie otrzy­mu­jemy powia­do­mień o komen­ta­rzach do tek­stów wspólnych)

  3. Bi-Bolt 14/02/2012 o 01:46

    Bo to był czarny orzeł. I jakie tam znowu zaczepki?
    Że niby ja? Coś zło­śli­wie? Swo­jej ulu­bio­nej Walentynce?

    Spam zwy­kły :p

  4. nietendon 14/02/2012 o 02:00

    Nie przy ludziach D:

    Wiesz, nie wszy­scy stają się Bi z taką łatwo­ścią jak Ty. Raczej chyba chciał­bym tego unik­nąć, bo ksywa Bi-don nie wygląda najinteligentniej..:D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Connect with Facebook

*